„Przez lata usiłowałem zabić się przy pomocy nikotyny”. Dziś marzy o półmaratonie
Wysoki, postawny mężczyzna, pełen energii. Gdy siedzi i rozmawia, nie widać, że od wielu lat ciężko choruje na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc (POChP).
Diagnoza została postawiona nagle, gdy stracił oddech, po niewielkim podbiegnięciu.
– Podbiegłem kilka metrów w pracy i dosłownie złapałem się ściany, nie mogłem złapać oddechu. Na szczęście w tym samym budynku, w którym wtedy pracowałem, znajdowała się przychodnia, kilka pięter niżej.
Miałem wrażenie, że już nigdy nie dam rady złapać powietrza. Okropny strach, że to już koniec – wspomina.
– Dostałem zastrzyki, lekarz zaopiekował się mną, ale razu powiedział, że to POChP. Spirometria potwierdziła diagnozę: bardzo zaawansowane stadium POChP. Oczywiście, nie wiedziałem, co to za choroba. I przyznam szczerze, że ogóle się tym nie przejąłem. POChP to była dla mnie nieznana rzecz – dodaje.
Odkąd pamięta, już w dzieciństwie, często miał infekcje i słabszą kondycję, choć starał się uprawiać sport. Ale do POChP mocno przyczyniło się palenie papierosów.
Po diagnozie przyjmował zalecane przez lekarza leki, ale nadal palił papierosy, nawet dwie paczki dziennie. – Miałem stresującą pracę. Paliłem okrutne ilości papierosów. Dziś mówię, że próbowałem sam siebie zabić przy pomocy nikotyny. Ale wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy – przyznaje.
Kilkakrotnie próbował rzucać palenie, ale bezskutecznie. – Nałóg jest potworną rzeczą. Próbowałem wielu metod, nawet hipnozy. Już w drzwiach gabinetu „mag” mówił: „Już nie pali Pan papierosów i nigdy już Pan nie zapali”. A ja – wychodząc od niego – jeszcze w drzwiach zapalałem papierosa…
Ostatecznie w rzuceniu palenia pomógł impuls. I szybka decyzja. – Ojciec był śmiertelnie chory. Pomyślałam: może w intencji ojca przestanę palić? Do dziś nie palę. Nie wiem, co spowodowało rzucenie palenia. Na pewno to nie był strach i żadne racjonalne pobudki, że to mi szkodzi. Rzucenie palenia nie poprawiło mojego stanu, natomiast nie pogarszał się on.
Czyli: przestałem próbować własnymi rękami zabić się przy pomocy nikotyny – dodaje.
Codzienność z POChP: najgorsze są zimy
Jak żyje się z POChP? – Ciężko, nawet bardzo.
Ma dziś ok. 40 proc. objętości płuc. – Po płaskim mogę powoli iść nawet kilometrami. Ale gdy tylko chodnik idzie lekko w górę, to dostaję zadyszki. Na drugie piętro wchodzę z trzema przystankami. Już ponad 20 lat nie palę, ale płuca się nie regenerują – zaznacza.
Najtrudniejszy jest czas między listopadem a końcem marca: wtedy trudno mu na dworze oddychać. To kwestia ostrego powietrza, ale też zanieczyszczeń, które niszczą płuca. – Nie jeżdżę też zimą do małych miasteczek, gdzie wciąż palą „kopciuchami”. Nie jestem w stanie wyjść na zewnątrz – dodaje.
Życie z POChP jest trudne, ale energia i wrodzony optymizm nie pozwalają mu się poddać. Nie rozstaje się z lekami stosowanymi w POChP zapisanymi przez lekarza, skrupulatnie je przyjmuje: to konieczność. Cały czas jest aktywny, pracuje – z zawodu jest artystą fotografikiem. Uczy też studentów.
– Oczywiście, choroba powoduje pewne ograniczenia. Jestem dość dynamicznym człowiekiem. Kiedyś, przed laty, nie lubiłem chodzić, poznałem jednak dziennikarza; śmieję się, że „lekarze zapisali mi go na receptę”... On nauczył mnie lubić chodzić – chodziliśmy razem po 15 km dziennie. A ja sam chodziłem pieszo do pracy, w jedną stronę – 7 km dziennie.
Nauczył się prawidłowo oddychać: dzięki uczestnictwu w „szkole leczenia” dla osób z astmą i POChP. Trzeba robić wszystko, by zachować jak największą pojemność płuc.
Marzenie: półmaraton osób z POChP
– Pogodziłem z chorobą. Utrudnia mi życie, ale jestem aktywny, mam dwa psy, dobrze mi robią spacery. Chodzę tak, że czasem moi studenci za mną nie nadążają – uśmiecha się.
Każda infekcja może zaostrzyć przebieg POChP, dlatego szczepi się i namawia do szczepień innych. A przede wszystkim namawia, by nie palić papierosów i od czasu do czasu wykonywać spirometrię, bo wczesne wykrycie choroby to szansa na dłuższe życie.
Chciałby zmienić obraz chorych POChP, a przede wszystkim pokazać, że trzeba walczyć i żyć mimo choroby.
– Mam takie marzenie, żeby osoby z POChP wystartowały w półmaratonie warszawskim. A jak nie w półmaratonie, to w ćwierć maratonie. Oczywiście, nie biegnąc, tylko idąc. Pod hasłem: „POChP to nie wyrok”.
Jest nieformalnym rzecznikiem prasowym „PeOChaPowców”. – Każdy ma swój maraton. Dla jednej osoby będzie to 42 km, dla innej – połowa tego dystansu lub ćwiartka. A dla jeszcze innej osoby maratonem będzie przejście z pokoju do kuchni. Ale dopóki można, to nie możemy się poddawać, musimy przełamywać niemoc – dodaje.
Wierzy, że ćwierć-, półmaraton, w którym pójdą m.in. osoby chore na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc, uda się zorganizować. Byłaby to wspaniała forma edukacji palaczy, że warto rzucić palenie, promocja wykonywania badań spirometrycznych, ale też motywacja dla chorych na POChP do aktywności fizycznej na miarę możliwości i walki o życie.